Gregg Sutter przeprowadził bardzo ciekawy wywiad z Carltonem Cuse. Były producent i scenarzysta LOST opowiada o swojej karierze, o pracy nad serialami i o narracji transmedialnej. Z wywiadu dowiemy się m.in. o genezie znaku DHARMA, o początkach współpracy Carltona z Damonem Lindelofem i o tym dlaczego Carlton zniechęcił się do medycyny. Fragmenty wywiadu w rozwinięciu, zapraszamy.
Carlton Cuse urodził się w Meksyku 22 marca 1959 roku. Jego ojciec, Amerykanin, pracował tam dla jego dziadka w wytwórni obrabiarek. Po kilku latach rodzina Cuse’ów przeprowadziła się do Bostonu, gdzie mały Carlton zakochał się w lokalnej drużynie Boston Red Sox. Do dziś jest ich fanem.
Kilka lat później, ojciec Carltona dostał nową pracę, i rodzina znowu musiała się przeprowadzić, tym razem do Tustin w Kalifornii. Po krótkim czasie, rodzice Carltona się rozwiedli, a opiekę nad nim i jego bratem przejęła matka.
Cuse ukończył Harvard z tytułem magistra historii amerykańskiej. Pracował przy tworzeniu filmów Zabójcza broń 2, Zabójcza broń 3 oraz Indiana Jones i ostatnia krucjata. Swoją karierę scenarzysty Cuse rozpoczął pracując przy serialu Crime Story. Pracował też przy serialach Nash Bridges i Martial Law (Stan wyjątkowy).
Największy sukces odniósł współpracując z Damonem Lindelofem nad serialem LOST: Zagubieni. Otrzymał za to między innymi Nagrodę Emmy i Złoty Glob.
Kiedy zdałeś sobie sprawę, że chcesz być scenarzystą?
Carlton: Kiedy chodziłem do szkoły w Putney. To właśnie tam rozwinął się pomysł by zostać scenarzystą. Pisałem wiele opowiadań na rożne zajęcia. Pochłaniałem książki Johna Steinbecka, Kurta Vonneguta, Elmore Leonard i Stephena Kinga. Zawsze miałem pełno pomysłów na rożne opowiadania, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem co z nimi zrobić.
Skoro chciałeś zostać scenarzystą, dlaczego wybrałeś Harvard?
Carlton: Dorastałem na podmiejskich terenach w południowej Kalifornii, a do szkoły chodziłem w rolniczym Vermoncie, dlatego na studia chciałem wybrać się do miasta. Wiedziałem, że Harvard to niesamowita uczelnia, oferująca wiele możliwości.
Jakie obrałeś sobie cele na studiach?
Carlton: Na początku chciałem iść na medycynę ponieważ w mojej rodzinie jest wielu lekarzy. Ale tak naprawdę nie znosiłem tych wszystkich kursów przygotowujących. Mój wujek, który jest chirurgiem, chciał wzbudzić mój entuzjazm i poprosił bym obserwował go podczas operacji. Gdy otworzył pacjenta i zaczął wypalać naczynia włosowate, poczułem zapach przypalanej skory i zemdlałem. Tak zakończyły się moje plany by studiować medycynę. Posłuchałem głosu serca i zdobyłem tytuł magistra historii amerykańskiej. Zawsze interesowała mnie historia ponieważ uwielbiam czytać biografie i książki historyczne. Na uczelni wykładało wielu wspaniałych profesorów, którzy naprawdę potrafili ożywić historię.
Jak z historyka po Harvardzie przerzuciłeś się na pracę przy filmach?
Carlton: Na pierwszym roku miałem okazję poznać twórców filmu „Airplane”. Przyjechali do Harvardu by zorganizować przedpremierę i sprawdzić, jak publiczność reaguje na żarty w filmie. Ja pomagałem przy organizacji pokazu. To była fascynująca sprawa, a film był bardzo zabawny. Wtedy zapaliła mi się w głowie żaróweczka i pomyślałem, że skoro ci faceci w taki sposób zarabiają na życie, to i ja mógłbym zająć się filmami.
Opowiedz o pierwszym filmie pełnometrażowym nad którym pracowałeś…
Carlton: Moją pierwszą pracą przy filmie była półtoraroczna współpraca z producentem Bernardem Schwartzem przy „Sweet Dream”. Reżyserem był Karel Reisz, a w filmie zagrali Jessica Lange i Ed Harris. Kilka miesięcy spędziłem w Zachodniej Virginii i w Nashville, gdzie nauczyłem się jak kreci się filmy od początku do końca.
To wtedy dowiedziałeś się jak to wszytko wygląda?
Carlton: Tak, to była dla mnie taka szkoła filmowa.
Jak podczas pracy przy serialu Nash Bridges znalazłeś czas na Martial Law (Stan wyjątkowy)?
Carlton: Podczas prac nad trzecim sezonem Nash Bridges, Les Moonves powiedział mi, że chciałby stworzyć serial o sztukach walki, przypominający te wszystkie filmy akcji z Hong Kongu. Pomyślałem wtedy, że to dobry pomysł. Jestem fanem tego gatunku i zawsze chciałem stworzyć coś w stylu filmów akcji z Jackie Chanem. To było zanim powstał film „Godziny szczytu”, zanim Jackie Chan zdobył popularność w Ameryce.
Pomyślałem, że fajnie byłoby połączyć elementy kina z Hong Kongu z amerykańskim serialem i wymyśliłem historię pewnego gliniarza z Szanghaju, który zaczyna pracę w LAPD. Zatrudniliśmy 8 najlepszych kaskaderów z Hong Kongu. Większość z nich nie znała nawet angielskiego. Pierwszy odcinek wyreżyserował Stanley Tong, który nakręcił największe filmowe hity z Jackie Chanem. Główną rolę zagrał Sammo Hong, przyjaciel i współpracownik Jackie Chana. Sammo stał się pierwszym chińskim aktorem, który dostał główną rolę w amerykańskim serialu.
Martial Law był jednym z dwóch seriali, z puli dziesięciu, które zadebiutowały tego roku na antenie CBS i dostały drugi sezon. Dobyliśmy nagrodę TV Guide za najlepszy nowy serial telewizyjny w 1999 roku.
Czyli pracowałeś nad dwoma serialami jednocześnie?
Carlton: Tak. To był szalony rok. Pracowałem przy Martial Law i w tym samym czasie przy Nash Bridges. W sumie, tego roku, nakręciłem 46 godzin odcinków telewizyjnych. Nie miałem czasu widywać się z rodziną. Tego było za wiele. Pod koniec sezonu, kiedy okazało się, że zarówno Nash jak i Martial Law dostaną nowy sezon, postanowiłem coś zmienić. Chciałem mieć więcej czasu i mniej obowiązków. Poróżniłem się z Sammo Hungiem na temat przyszłych wydarzeń w serialu. Postanowiłem w związku z tym całkowicie skupić się na Nash Bridges i odsunąć się od Martial Law. Na moje miejsce, w drugim sezonie Martial Law, przybyli inni scenarzyści.
Ale twój następny projekt również był serialem o sztukach walki…
Carlton: Black Sash to serial o gliniarzu z San Francisco, którego zagrał Russell Wong. Jego bohater został posłany do więzienia za przestępstwo, którego nie popełnił. Po odbyciu kary wraca do San Francisco i otwiera szkółkę sztuk walki dla trudnej, ale za to bardzo atrakcyjnej młodzieży. Ja nie napisałem scenariusza, tylko zatrudniono mnie abym dołączył do ekipy i pomógł serialowi stanąć na nogi. Uważam, że wszyscy zaangażowani w ten projekt bardzo się starali, ale ostatecznie ten serial nie wypalił. Tak się dzieje w przypadku większości seriali! Ale utalentowani, młodzi scenarzyści z tego serialu, Eddy Kitsis i Adam Horowitz, jako pierwsi dostali u nas pracę przy LOST. W serialu Black Sash zajmowaliśmy się sztuką walki o nazwie Ba-Gua. Bardzo spodobał mi się jej chiński symbol i dlatego wykorzystaliśmy go jako symbol Inicjatywy DHARMA w LOST.
Jak zacząłeś przygodę z LOST?
Carlton: Wszystko zaczęło się podczas kręcenia 6 sezonu Nash Bridges. Zatrudniłem początkującego scenarzystę, Damona Lindelofa, dla którego była to pierwsza praca przy serialu telewizyjnym. Po zakończeniu Nasha, pozostaliśmy przyjaciółmi. Kilka lat później, Damon razem z J.J. Abramsem rozpoczęli pracę nad odcinkiem pilotażowym LOST. Po nakręceniu tego odcinka, Abrams zostawił serial by pracować nad filmem Mission Impossible 3 z Tomem Cruisem. Damon to wspaniały scenarzysta, ale nie miał doświadczenia w prowadzeniu serialu, więc dzwonił do mnie pytając mnie o rady. Wysłał mi niedokończoną wersję odcinka pilotażowego i kilka pierwszych scenariuszy. Spędzałem z nim tyle czasu na rozmowie o serialu, że w końcu zakochałem się w całym projekcie. Damon zapytał mnie czy mam możliwość pracy nad serialem razem z nim. Mój agent zerwał kontrakt z poprzednim pracodawcą i rozpocząłem prace przy LOST.
Zauważyłem, że często pisaliście razem scenariusze. Jak dzieliliście się obowiązkami?
Carlton: Czasami każdy z nas zajmował się czymś innym, ale najczęściej wszystko robiliśmy razem. Chyba napisaliśmy wspólnie 35 albo 36 odcinków, zajmowaliśmy sie poprawkami, spotkaniami ze scenarzystami, produkcją i obsadą. Prowadząc serial, zawsze jest pełno roboty. Dobrze jest mieć partnera, kogoś z kim można dzielić się pomysłami a potem wypracować z nich jeszcze fajniejsze pomysły. Kogoś, kto ramię w ramię pomaga bronić naszej wizji. Taka dobra współpraca pozwala na stworzenie świetnego serialu. Tak stało się w przypadku LOST. Nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego partnera.
O czym według ciebie był serial LOST?
Carlton: Wydawałoby się, że LOST jest o grupie rozbitków, którzy przeżyli katastrofę lotniczą i znaleźli się na tajemniczej wyspie. Jednak serial przede wszystkim skupiał się na metaforycznym zagubieniu tych bohaterów i ich poszukiwaniu dróg by się zbawić. Widzowie mówili dużo o mitologii serialu, ale dla nas, na pierwszym miejscu zawsze byli bohaterowie.
Czy od początku wiedziałeś, że ten serial jest wyjątkowy i że czegoś takiego nie było wcześniej w telewizji?
Carlton: Zdecydowanie tak. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że robimy coś fajnego. Niszczyliśmy wiele starych przekonań o tym co można, a czego nie można robić tworząc serial. To było ekscytujące. Oczywiście wtedy jeszcze nikt nie wierzył, że uda nam się stworzyć serial, więc zastanawialiśmy się jak stworzyć 12-odcinkowy klasyk w stylu Twin Peaks, który miał tylko 30 odcinków, albo w stylu 17-odcinkowego The Prisoner. Mięliśmy nadzieję, że w najgorszym razie LOST stanie się popularny wśród dziwolągów. Z takim założeniem, że nie przeszkadza nam ewentualna klęska, razem z Damonem zastanawialiśmy się jak ma wyglądać DVD z 12 odcinkami LOST. Chcieliśmy aby była to produkcja, którą sami chętnie byśmy obejrzeli.
I przy okazji zmieniliście wiele reguł panujących wśród twórców seriali…
Carlton: Zgadza się. Udowodniliśmy, że można stworzyć bardzo skomplikowaną i zawiłą historię, w której wszystko specjalnie jest dwuznaczne aby widzowie mogli dyskutować na temat znaczenia i intencji tej historii, i nadal mieć wysoką oglądalność. Wydaje mi się, że to zmieniło podejście do seriali.
LOST miał również wpływ na to jak widz angażuje się w serial…
Carlton: LOST wypłynął w czasie, gdy popularne stały się internetowe media społecznościowe. Te dwa zjawiska znalazły wspólny mianownik. Wokół serialu powstały internetowe społeczności, a dzięki nowinkom technicznym fani z całego świata mogli się ze sobą integrować, rozmawiać o serialu i tworzyć coś razem, np. Lostpedię – ogromne kompendium wiedzy na temat serialu. Taka interakcja z serialem była nowym zjawiskiem. Przed LOST, żaden inny serial nie współpracował z widzami na tak wielką skalę. Dobrym przykładem jest stworzone przez nas Lost University. Widzowie, którzy zakupili Blu-ray mogli wziąć udział w kursach tematyką związanych z LOST, np. o podróżach w czasie. Każdy fan, który stał się ekspertem w danej dziedzinie mógł zostać instruktorem kursu.
Jak narracja transmedialna związana jest z LOST?
Carlton: Kiedy rozpoczynaliśmy pracę nad serialem LOST, nie istniał jeszcze termin „transmedia”. My tworzyliśmy narrację transmedialną, zanim ktokolwiek wiedział jak ją nazwać. Oczywiście najbardziej skupialiśmy się na samym serialu, czyli na naszym statku matka, ale braliśmy pod uwagę inne platformy medialne. Chcieliśmy za pomocą innych nośników przekazać historie, które nigdy nie miałby szans w serialu telewizyjnym. Zaczęliśmy od stworzenia pierwszej gry ARG nawiązującej do fabuły serialu. Ta gra stworzyła nowe możliwości współpracy serialu telewizyjnego i Internetu, oraz promowania serialu za pomocą ARG. Jako pierwsi stworzyliśmy nowe sceny z serialu dla telefonii komórkowej. Nasza ostatnia ARG, „Dharma Wants You,” wykreowała społeczność internetową która stała się częścią Inicjatywy DHARMA. Bardzo podobała mi się ta część i według mnie, to właśnie ona posunęła granice narracji transmedialnej. Dzięki niej w 2009 roku zdobyliśmy Emmy za osiągnięcia na płaszczyźnie mediów.
Co sprawia, że tak dobrze dogadujesz sie z Damonem?
Carlton: Mięliśmy taką samą wizję LOST ponieważ mamy podobne podjecie do sztuki. Cały czas motywowaliśmy się nawzajem by serial był coraz lepszy.
Zazwyczaj scenarzyści i producenci są nieznani, ale nie ty i Damon!
Carlton: Zgadza się. Ja i Damon staliśmy się twarzami LOST, co wcześniej nie spotkało żadnych innych twórców seriali. Prowadziliśmy wspólnie podcast o LOST, który cały czas był na szczycie listy najpopularniejszych podcastów na stronie iTunes. Nakręciliśmy kilka śmiesznych filmików z serii LOST Slapdown sponsorowanych przez firmę Verizon. Pojawiliśmy się w programie Jimmy Kimmel Live i The Letterman Show. New York Times przeprowadził z nami wywiad, który transmitowany był w ponad 400 kinach w Stanach i w Kanadzie. To było istne szaleństwo.
Jakie znaczenie miała dla ciebie taka współpraca z mediami?
Carlton: Tu nie chodziło o pieniądze tylko o możliwość przetarcia nowego szlaku na płaszczyźnie medialnej. Wiedziałem, że my jako pierwsi integrowaliśmy się z widzami serialu za pomocą rożnych nośników informacji. Fascynowała mnie ta zmiana w podejściu do serialu telewizyjnego i chciałem zbadać ten teren.
Minęło 5 miesięcy od emisji ostatniego odcinka LOST. Jak patrzysz na serial z perspektywy czasu? Czy już pogodziłeś się, że to koniec?
Carlton: Zdecydowanie tak. Nie ma łez. Skończyliśmy serial na własnych warunkach a to rzadko się zdarza w telewizji. Nikt inny, przed nami, nie zdołał 3 lata wcześniej wynegocjować daty zakończenia własnego serialu. Od początku do końca przekazaliśmy tę historię po naszemu. Większość seriali traktuje się jak konie wyścigowe – ujeżdża się je tak długo, aż same padną. Tak nie było z naszym serialem. Zdołaliśmy odprowadzić nasze konie do stajni. Jestem dumny z odcinka finałowego. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że zakończenie tak skomplikowanego serialu, z taką mitologią, po 6 latach było prawie niemożliwe. Do tego odczuwaliśmy presję ponieważ oczekiwania wobec serialu były ogromne. Po 5 miesiącach od zakończenia okazuje się, że jednak większości ludzi podobał się finał i cały serial. Najważniejsze jest zadowolenie widza. Wydaje mi się, że zadowoliliśmy większość widzów LOST a to sprawia, że mogę wreszcie pogodzić się z zakończeniem serialu.
Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
Carlton: Każdy następny krok mojej karierze będzie ekscytującym wyzwaniem. Najlepszą rzeczą w tej branży jest to, że każdy nowy projekt może nas czegoś nauczyć. Pamiętam taki cytat Akiry Kurosawy, który w wieku 72 lat powiedział, że dopiero teraz zaczyna pojmować, jak się robi filmy. Świetnie go rozumiem.
Komentarze
Dobrze przynajmniej, że Carlton przyznaje się, że nie dałby rady zakończyć serialu w satysfakcjonują cy sposób dla fanów mitologii...
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.