13 sierpnia 2010
maelstrom

Michael Emerson opowiada o nowym projekcie z Terrym O’Quinnem, o finale serialu LOST oraz o epilogu z DVD, „The New Man in Charge”.
Uwaga, spoilery z epilogu.
PopWrap: Gratuluje dwunastu nominacji do Nagrod Emmy. To milo, że po zakończeniu LOST, serial nadal cieszy się uznaniem branży.
Michael Emerson: Dziękuję. Wszyscy stali się sentymentalni i przypomnieli sobie o nas. Najbardziej cieszy mnie, że LOST został nominowany w wielu rożnych kategoriach. To będzie miłe spotkanie. Ostatni raz widziałem się z wszystkimi pod koniec kwietnia.
PW: Muszę przyznać, że finał był idealny
Michael: Też tak myślę, chociaż nie raz musiałem go bronić. Ale nie mam ni przeciwko temu, bo mam dobre argumenty bo bronić finału. Chętnie porozmawiam z niezadowolonymi.
PW: A co mówisz wszystkim krytykantom?
Michael: Mówię im, aby postawili się w sytuacji scenarzystów tego dalekosiężnego serialu. Scenariusz nie był napisany w prostej linii. To raczej przypominało eksplozję, gdzie rożne wątki potoczyły się we wszystkich kierunkach. Jak można stworzyć finał, który to wszystko uwzględni? Nie można wiązać razem jakiś wypalonych, pobocznych wątków, tylko wrócić do samego sedna serialu, do jego serca. Tak właśnie zrobili scenarzyści. Byłem zachwycony, że zamiast jakiegoś wybiegu narracyjnego, zamiast jakiś podroży w czasie, napisali historię o ludzkich duszach. Moim zdaniem to się naprawdę opłaciło. To było odważne z ich strony i niełatwe. Jestem z nich dumny oraz z jestem dumny z tego, że mogłem być częścią czegoś tak ludzkiego.
PW: Jak spodobało ci się zakończenie losów twojego bohatera, Bena?
Michael: Cieszę się, że Ben nie przeszedł w zaświaty. To ważne, że zakończenie nie było takie milusie, gdzie wszystkie grzechy zostały odpuszczone. Benjamin musiał dłużej odpokutowywać niż inni. Jak widać w finale, bohaterowie przechodzili na tę drugą stornem w parach. Każdy musiał znaleźć osobę, która pomoże mu się zbawić i doprowadzić do odpowiedniego stanu. Ben nie miał takiej osoby. W serialu nigdy nie poznaliśmy kogoś, kto bardzo kocha Bena, kto mógłby go zbawić i przez kogo Ben sam sobie mógłby wybaczyć. On cały czas musi pracować nad swoją duszą. Nie wiem jak miałoby mu się to udać. Może będzie czekał w nieskończoność.
PW: Czyli nie widzisz Alex w roli jego zbawcy? Może Ben został dłużej, aby mógł odbudować z nią więź?
Michael: Jasne. To oczywiste, że Ben przeszedł na dobrą stronę i że ten stary Ben już nie istnieje. Bez fanatyzmu, nienawiści do samego siebie i chorej ambicji, Ben jest mniej skomplikowaną osobą. Ben teraz jest jak Budda.
PW: Jeśli komuś brakowało odpowiedzi w finale, może poczekać na epilog „The New Man in Charge”...
Michael: To taka przystawka – mały deserek po wielkim posiłku. Jest uroczy i opowiada troszkę o tym, co się działo gdy Hurley i Ben dowodzili wyspą.
PW: Na początku dwóch pracowników Dharma zadaje Benowi pytania. W jakim stopniu reprezentują oni widzów?
Michael: To chyba specjalnie było takie dramatyczne (śmiech). Ci dwaj faceci reprezentowali wszystkich sfrustrowanych widzów.
PW: Mimo że odpowiedzi nie były podane na tacy, to i tak rozwiązanych zostało kilka fajnych zagadek...
Michael: W dodatkach na DVD, scenarzyści nie zapomnieli o pewnych zagadkach, nawet tych małych. Byłem bardzo szczęśliwy że mogłem brać w tym udział, ale to była ciężka praca. Epilog trwa 12 minut, to ćwierć jednego odcinka. Kręciliśmy te sceny podczas pracy nad odcinkiem finałowym. To tak, jakbyśmy kręcili kilka filmów. Do tego wszystkiego doszły inne dodatki typu „za kulisami serialu” – wywiady, wspominki, odwiedzanie starych planów zdjęciowych. W kwietniu mięliśmy dużo roboty.
PW: Jako fan LOST chciałbym ci podziękować, ponieważ mimo iż serial się skończył, to jeszcze nie czuję, że to już koniec.
Michael: Zgadzam się, on cały czas żyje. Myślałem, że po emisji finału, LOST powoli zacznie znikać z mojego życia, ale cały czas jest w nim obecny. Serial ma tak oddaną publiczność, że chyba jeszcze będę miał do czynienia z LOST przez wiele lat.
PW: Ostatnio dowiedzieliśmy się, że wraz z Terrym O'Quinnem pracujecie nad wspólnym serialem. Jak do tego doszło?
Michael: Zaczęło się od wygłupów na planie LOST. Żartowaliśmy sobie, co będziemy robić po zakończeniu serialu. Moglibyśmy przedstawiać wodewile, tańczyć i śpiewać w domu dla emerytowanych aktorów. Mimo iż zaczęło się od żartów, coraz bardziej skłanialiśmy się do zorganizowania wspólnego projektu. Terry zapytał, czy mam plany po zakończeniu LOST, a ja akurat nie miałem nic na oku. Ot też miał czas. Pomyśleliśmy, że nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy znowu razem pracowali. Podsunęliśmy ten pomysł kilku osobom, które zajmują się serialami w Hollywood.
PW: Czyli jeszcze nie ma konkretów, tylko sam pomysł by razem pracować?
Michael: Mamy kilka pomysłów które rozważamy, ale wiesz jak to jest w Hollywood. Rzucasz jakiś pomysł, który zostaje przemielony przez maszynkę i wychodzi z tego coś zupełnie innego. Nawet nie wiem czy to wszystko wypali.
PW: Ale generalnie chcecie wystąpić w komedii?
Michael: Już od dawna o tym myśleliśmy. Oboje jesteśmy zabawnymi facetami, ale graliśmy w bardzo mrocznym serialu, jakim był LOST. Miło by było zrobić teraz coś innego, mniej poważnego.
PW: Jako wasz fan, bardzo bym chciał znowu zobaczyć was razem na ekranie.
Michael: Wiem że wiele osób nas wspiera ale trochę się tym martwię, bo czasami nie warto próbować tego samego. Istnieje też ryzyko, że się nie dogadamy. To byłoby przykre. Musimy być bardzo ostrożni.
Musisz być zalogowany aby komentować newsy.