To już rok. Jeśli nie wiesz, o czym myślałem w tym zdaniu, to znaczy, że ten tekst prawdopodobnie nie będzie Ciebie dotyczył. 23 maja bowiem może kojarzyć się różnie, być może z pierwszą komunią kogoś z rodziny, albo czyimiś imieninami. Jest jednak pewna grupa osób, która po chwili zastanowienia, mniej więcej takiej, jakiej potrzeba na przeczytanie tego akapitu, ucieknie swoimi myślami do pamiętnego dnia, którego zakończył się pewien etap w wirtualnej części historii jej życia.
Finał Zagubionych. Serialu, który porywał ludzkie serca, czasami po to, aby rozerwać je na pół w momencie rozstania, zazwyczaj z żalu i smutku, ale często też z rozgoryczenia. Wiele seriali przewinęło się przez, powiem odważnie, nasz mały światek, lecz z moich obserwacji wynika, że w ciągu tego roku to do Zagubionych wracało się najczęściej. Nie dziwi to specjalnie ze względu na rozmach serialu i zaangażowanie fanów. Martwi jednak inny fakt, którego nazwę umieściłem w tytule artykułu.
„SSLP”, skrótowiec od Syndrom Sierotki po Loście, czyli obiegowa nazwa problemu, jaki narodził się dokładnie rok temu. Dotyczy on tych widzów, którzy, najkrócej mówiąc, nie byli w stanie znieść zakończenia ich ulubionego serialu. Mimo wyraźnej aluzji w nim zawartej, nie „poszli dalej” wraz z jego bohaterami, lecz wciąż poszukują, i to poszukują w przeszłości. Mowa tu o powszechnej krytyce wszystkiego, co nie jest takie same jak Lost, uwzględniając nawet fakt, że nic takiego nigdy nie powstanie – mimo wszelkich zapewnień stacji. Jeśli tylko jakiś serial nie opowiada podobnej historii, jeśli nie napisali go ci sami scenarzyści oraz nie występują w nim znane z wyspy twarze – jest produktem niszowym, nie wartym uwagi, a nawet pochlebnego słowa. „Sierotki” to osoby, dla których Lost się jeszcze nie skończył, z czego wynika „fakt”, że wszystkie inne seriale godne są jedynie krytyki. W świecie seriali widzą tylko zagubionych. Tymczasem to oni sami się w nim zagubili.
Jak porzucić to przekonanie? Na czym ono polega? Czy powstanie kiedyś „następca Zagubionych”, czy ktoś ponownie przygarnie nasze połamane serca? Ten „poradnik” powinien wyklarować pewien punkt widzenia w tym temacie.
Nie bez powodu wstęp jest tak długi. Każdy psycholog powie, że aby zwalczyć problem, trzeba go zrozumieć. Sierotki zaczęły się pojawiać właściwie jeszcze przed zakończeniem serialu. Były to osoby, które zafascynowały się pierwszymi dwoma-trzema sezonami, lecz nie zaakceptowały ewolucji serialu w klimaty science-fiction. Już wtedy słychać było pogłoski, że w dzisiejszych czasach scenarzyści nie są w stanie wymyślić niczego oryginalnego. Zjawisko skumulowało się właśnie po 23 maja, kiedy serial się zakończył, a na horyzoncie pozostały jedynie wraki, takie jak Flashforward, na które teoretycznie mieli się przesiąść pasażerowie „zagubionego” statku, a które nie były w stanie ponieść nawet własnego brzemienia. Niestety, często stacje za bardzo rozdmuchiwały swoje produkcje, które później nie były w stanie sprostać oczekiwaniom.
Samo powstanie tej grupy nie jest niczym zaskakującym. Każdy serial, który zgromadzi tak wielu fanów na całym świecie, pozostawi w ich świadomości pragnienie kontynuacji owego dzieła. Chcą oni, aby ich mania przetrwała, aby któryś dzień, jak do tej pory, kojarzył się z wieczorem przed telewizorem i niezrównanymi emocjami. Skoro Zagubieni się skończyli, to oczekuje się czegoś podobnego. Niestety, nie tylko na poziomie zaangażowania emocjonalnego, ale też w konkretnych elementach fabuły. W ten sposób chciałbym przejść do bardzo istotnego zagadnienia.
Porównywanie. Ileż razy słyszałem lub czytałem w najświeższych newsach, również tych portali, od których spodziewa się całkowitego profesjonalizmu, jakoby „powstawał następca Lost”. Pierwszy na warsztat został wzięty Flashforward. Z bardzo jasnych przyczyn – występował w nim Dominic Monaghan, który w Zagubionych wcielał się w uwielbianego Charliego, a tutaj miał odegrać znaczącą rolę Simona, hucznie nazwanego najbardziej inteligentnym człowiekiem świata. W dodatku postać Olivii miała odegrać Lostowa Penny, czyli Sonya Walger. Kolejny powód, to wytwórnia, Flashforward był emitowany na ABC, więc w zapowiedziach często powoływano się na „rodzimą” produkcję, czyli właśnie Lost.
Niestety, nawet obszerna fabuła, mnóstwo zapowiedzi o naprawie błędów, jakie popełnili Lindelof z Cuse’em (scenarzyści i producenci Lost) i wiele akcji organizowanych przez fanów serialu nie zdołały go uratować przed zdjęciem z anteny po jednym sezonie. Czemu? Powodem była rzecz jasna spadająca oglądalność, lecz to jedynie skutek innego działania. Wielu fanów zbyt dosłownie przyjęło zapewnienia o owym następstwie. Porównywano grę aktorską w jednym i drugim serialu, tajemnice i tak zwaną „mitologię”, czyli najbardziej ukryte strony fabuły dotyczące przeszłości bohaterów i wydarzeń. Doszukiwano się podobieństw w pewnych wątkach, takich jak pojmowanie podróży w czasie. I za każdym razem Flashforward w oczach fanów Zagubionych przegrywał.
Tajemnic bowiem nie było tak wiele, z założenia. Co więcej, od „świeżaka” wymagano tego samego, czego dostarczali Zagubieni, których fabuła rozwijała się aż 5 lat! Nadprzyrodzonych elementów, jak Czarny Dym, również zabrakło. Rozmach produkcji był o wiele mniejszy choćby ze względu na budżet, którym przecież jego poprzednik powalał, przy najmniej w pierwszym sezonie. Następca Lost natomiast zdecydował się „naprawić” pewne elementy i wyłożył nam jak na tacy dużo naukowych wyjaśnień dotyczących globalnego zamroczenia, co z kolei bardzo zmieszało nieobytych z wyższą matematyką fanów i ostatecznie znudziło. Elementy dramatyczne? Powolnie kształtujący się związek Olivii i Lloyda nie znalazł zafascynowania w oczach popleczników Sawyera i Kate, których poczynania były zdecydowanie bardziej burzliwe. W ten sposób łatka następcy Losta się odpruła, pozostawiając dziurę na kanwie materiału, która zepsuła cały obraz i spowodowała „globalne zamroczenie”, tym razem w kwestii entuzjazmu wobec serialu (o czym świadczy choćby akcja „Save Flashforward”, w której wzięły udział śmieszne garstki osób).
Skończyli się Zagubieni, skończył się Flashforward. Co dalej? Tym razem to The Event przykuł uwagę części fanów. Jednakże zauważalny był wzrost zniecierpliwienia, gdyż żaden z twórców Zagubionych nie kiwnął nawet palcem przy tej produkcji. Jedynym elementem wspólnym dla obu seriali były retrospekcje (tak, jakby Lost miał wyłączność na tę formę narracji), ewentualnie zapowiadana katastrofa samolotu i mnóstwo tajemnic z elementami sci-fi. Serial został odgórnie mianowany wieloletnim hitem, stacja obiecywała gruszki na wierzbie, a na producentach wywarto olbrzymi nacisk. Powstał więc kolejny „następca”, który, jak dziś wiemy, skończył niczym „Przebłysk Jutra”. W rocznicę zakończenia Zagubionych, zakończy się również „Zdarzenie”, następna ofiara ciągłych porównań. Retrospekcje były zbyt chaotyczne, więc szybko je wycofano. Akcja po 1. odcinku stała się wolna i scenariusz dziurawy, więc przyspieszono po zimowej przerwie. To spowodowało, że zapomniano o rozwoju postaci, co dla grupy docelowej było tak istotne. Widzowie stracili cierpliwość do serialu i przełączyli na inny kanał. Ponownie ta sama historia.
Całkiem niedawno opublikowane zostały ramówki publicznych stacji na najbliższy rok. Zapewne wiele będzie zapewnień podobnych do tych, które pojawiały się wraz z oczekiwaniem na opisane wcześniej seriale. Alcatraz świeci nazwiskiem Jorge Garcii (Hugo Reyes), marką J.J. Abramsa i kolejnym skomplikowanym śledztwie łamiącym reguły czasoprzestrzeni. Once Upon a Time jest tworem scenarzystów Edwarda Kitsisa i Adama Horowitza, którzy razem stworzyli wiele rozdziałów w zagubionej opowieści. Terra Nova to znowu podróże w czasie, walka z potworami (tym razem realnymi – dinozaurami) i piękne widoki na dziewiczą dżunglę. Tymczasem z porównywania Zagubionych do czegokolwiek, nigdy nie wyniknie nic dobrego.
Nie w tym rzecz, że Lost to serial idealny i żaden inny mu nie sprosta. Lost to serial bardzo rozbudowany, można by rzec, wszechstronny, składający się z olbrzymiej liczby elementów, części - wątków dramatycznych, naukowych, baśniowych i tak dalej. Jeśli ktoś zakochał się w tym serialu (bo przecież można go też nienawidzić), to w każdej innej produkcji któregoś z tych elementów będzie mu brakować. Zamiast tego, pojawią się nowe, takie jak cywilizacja pozaziemska, a może stare zostaną zmodyfikowane i zostanie nam zaoferowana wolniejsza akcja oraz bardziej dogłębne spojrzenie na charaktery. I te nowości widz wytknie, skrytykuje, gdyż w jego idealnych Zagubionych tego nie było.
Co więcej, serial nowy na rynku nie jest w stanie zastąpić produktu wieloletniego i sprawdzonego. „Mitologia” Zagubionych zainspirowała tak wielu fanów, że powstały internetowe, ale i papierowe encyklopedie, wydana została masa książek na podstawie fabuły serialu, żeby nie wspominać już o wszelkich „fanfiction”, czyli produkcjach przeciętnego fana takich jak mapa Lost do gier komputerowych czy symulator Łabędzia na własny komputer. Tymczasem serial, który dopiero buduje fundamenty pod rozbudowaną historię, już nazywa się następcą, czyli jednocześnie sugeruje widzowi, że fabuła od początku będzie tak wciągająca, jak Lost w n-tym sezonie, a rozmach produkcji wiążący się z wyżej wymienionymi inicjatywami natychmiastowo dorówna poprzednikowi. I widzowie to kupują.
Lekarstwo jest bardzo proste. Wystarczyć otworzyć swoje umysły na nowe możliwości, jakie oferuje nam świat telewizji. Nie patrzeć w tył – oczywiście oglądanie finału Zagubionych po raz setny nie jest niczym złym – polega to jednak na tym, żeby nie porównywać każdego serialu do swojego pierwowzoru. Koniec z „następcami”, niezależnie od tego, co nam wmawiają producenci. Koniec z patrzeniem w filmografię ich twórców, nawet jeśli zapowiadają kontynuacje tego, co zaczęli w Zagubionych. Liczy się tu i teraz, ten scenariusz, ta reżyseria i ci aktorzy.
Należy też dopuścić do siebie możliwość oglądania innych gatunków niż ten, do którego należeli Zagubieni. Specjalnie go nie nazywam, gdyż jest to mieszanka wielu nurtów zmieniających się wraz z czasem. W tym tkwi paradoks – fani Lost byli w stanie przetrwać fakt, że ze zwyczajnego dramatu z elementami fantasy, serial przerodził się w prawdziwe science-fiction, by pod koniec ponownie uderzyć o niemalże baśniowe elementy. Dlaczego więc inne seriale nie mogą wprowadzać czegoś nowego? Dlaczego nie nauka we Flashforward? Dlaczego nie kosmici w The Event? Dlaczego nie suchy dramat, dlaczego nie zwyczajny kryminał, a może w drugą stronę – puszczone wodze wyobraźni i kreatywność, jak w niedawno anulowanym V, czy też bawiącym się obrazem Fringe (patrz komiksowy 19. odcinek 3. sezonu)?
Bynajmniej nie sugeruję akceptowania wszystkiego, co popadnie. Każdy ma swój gust i dopuszcza pewną dawkę kiczu. Gra aktorska w The Event może się nie podobać, płytkie postacie w V mogą być irytujące. Jeśli cały serial byłby tym nafaszerowany, to lepiej wziąć się za czytanie książek. Za każdym razem jest to popadanie w skrajność. Tymczasem widz, fan czy maniak seriali musi być elastyczny i, niestety, dostosować się do telewizyjnych produkcji. Pewna osoba powiedziała, że ostatnimi czasy telewizje publiczne wyszły z założenia, że „to widz jest dla seriali, a nie serial dla widzów” – i dlatego wypuszczają tak wiele seriali, które anulowane są po jednym, często niedokończonym sezonie. Rzecz jasna teza postawiona w tej wypowiedzi była zupełnie odwrotna.
Tak naprawdę, to działa w obie strony. Serial jest dla widzów, dla ich zabawy, emocji, oby zawsze pozytywnych. Jednakże również widz musi być dla serialu, inaczej mówiąc, musi być gotowym do jego przyjęcia, zaakceptowania takim, jakim jest, bo jeśli za każdym razem będziemy odrzucać to, co nam dają, to niedługo przez całą dobę oglądać będziemy programy pokroju American Idol. To kwestia nastawienia. Włączając Dextera musimy być gotowi na to, że nie będzie w nim elementów science-fiction. Oglądając Game of Thrones, nie możemy narzekać na wszelkie fantasy, bo jest to nieodłączna część opowieści i jeśli jej nie tolerujemy – nie warto oglądać nawet pierwszego odcinka. Musimy być też świadomi, że nie każdy serial jest od razu globalnym hitem. Czasami warto poświęcić czas na niżej celującą produkcję, aby rozwijać swój gust. Być może wolno rozkręcający się serial stanie się wkrótce numerem 1. Tymczasem jeśli od każdego serialu będziemy oczekiwać „następcy”, tak jak ślepo wierzą w to kreatorzy, to szybko się zawiedziemy.
Mnogość pomysłów i możliwych scenariuszy jest tak ogromna, że nie można czekać tylko na te określone jednym, konkretnym wzorem – schematem – czyli podobieństwem do Zagubionych. Pozostawiając drzwi otwarte, goście szybko się rozsiądą w naszym domu i zagospodarują nasz czas. Patrząc przez wąskiego „judasza”, będziemy mieli bardzo ograniczone pole widzenia i nie dowidzimy wielu, bardzo obiecujących produkcji, które mogłyby zepchnąć Lost z serialowego piedestału.
To wszystko, co tutaj napisałem, można właściwie zamieścić w dwóch słowach. Przyjęcie ich do serca spowodowałoby, że Sierotki po Loście nie porównywałyby innych seriali do swojego ideału, wiedząc, że on nigdy nie wróci, lecz pozostał z tyłu, w przeszłości. Pozwalają też otworzyć się na nowe perspektywy, złamać pewne utarte schematy i spróbować w końcu czegoś nowego. Włączyć odcinek pilotażowy nowego serialu i nastawić się do niego pozytywnie. Czyli w skrócie – MOVE ON. Pójść dalej.
Tego Wam wszystkim na nowy sezon życzę.
Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.